30.11.2014

[Konkurs] Andrzejki w śnieżną noc

Być może za oknem nie ma śniegu, ale z całą pewnością jest mróz. No i są andrzejki.
A ja chciałabym oddać Wam coś, co z całą pewnością przywiedzie do Was śnieg.


Do wygrania jeden egzemplarz w Śnieżną noc ufundowany przez wydawnictwo Bukowy Las.
Udział w konkursie może wziąć każdy, kto posiada adres korespondencyjny na terenie Polski. Wystarczy zostawić zgłoszenie i przesłać odpowiedź konkursową.

Zgłoszenie musi zawierać chęć wzięcia udziału w konkursie i adres e-mail. Zgłoszenia zostawiacie w komentarzu pod tym postem.

Odpowiedź na zadanie konkursowe wysyłacie na mojego maila: himitsu@vp.pl w temacie wpisując Konkurs andrzejkowy.

Zadanie konkursowe:

Ponieważ konkurs rozpoczyna się w andrzejki, właśnie z tym dniem będzie związane zadanie. Przedstawcie mi Wasze wróżby z wosku! Zdjęcie i opis albo film. Możecie zrobić to w dowolny sposób, ważne żeby odpowiedź zawierała te dwa elementy widok wróżby + jej opis. Na przykład:

To moje trzy wróżby.

Ta kojarzy mi się z rekinem albo syreną, więc może to znak, że powinnam oglądać One Piece'a, czyli skończyć to, co zaczęłam. Albo z małpą... tak z włosów. Albo z ptakiem, niosącym coś w dziobie... A nawet z duszą opuszczającą ciało!

Ta kojarzy mi się z pokemonami. Konkretnie dwoma. Niestety nie pamiętam, jak nazywał się jeden z nich, tylko tyle, że jego ogon to była łapa, a ten drugi to Mew. Więc może to znak, że powinnam przypomnieć sobie dzieciństwo.

Ta przypomina ni mniej ni więcej tylko małego, słodkiego Obcego <3. I to pewnie znak, żebym w końcu obejrzała Prometeusza!

Nagrodzę najbardziej kreatywną odpowiedź!

Konkurs trwa do 14 grudnia!

18.11.2014

[Przedpremierowo] M. Johnson, J. Green, L. Myracle - "W śnieżną noc"

W cichą noc, gdy mróz zamraża okna, śnieg nieprzerwanie spada z nieba, a wiatr huczy i zamienia go w wichurę, młoda dziewczyna siedzi przy oknie, popijając z kubka gorącą czekoladę i wsłuchuje się w szelest kartek, które z każdą chwilą przewraca. Czyta o miłości. O młodych osobach, jak ona, które w taką samą, wigilijną noc spotykają miłość. Miłość, o której każdy marzy, ale która dopiero pączkuje. Czyta, podczas gdy budzą się w niej wspomnienia i porywają jeszcze głębiej... w śnieżną noc.


Tytuł: W śnieżną noc
Tytuł oryginału: Let It Snow
Autorzy: Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle
Wydawnictwo: Bukowy Las
Data i miejsce wydania: Wrocław, 2014

Moja ocena: 7/10
Zakładka: Intrygujący posiłek

- Ale... Święta się skończyły.
- Och, nie, święta nigdy się nie kończą, jeśli nie chcesz. [...] Święta to stan umysłu.

Byłam zainteresowana tą książką od samego początku, choć nie miałam pojęcia, czego mogę się po niej spodziewać. Okładka głosi, że świątecznych opowiadań o miłości, ale czy ktoś z nas wyobraża sobie, co może się w nich pojawić? Ja nie byłam w stanie. Moje przypuszczenia odnośnie pomysłowości autorów potwierdziły się, gdy tylko rozpoczęłam czytanie pierwszej historii. To JEST coś oryginalnego, choć o samym odczuwaniu miłości trudno jest napisać coś odkrywczego.

Wszystkie trzy opowiadania mają pewien punkt wspólny - ich geneza to burza śnieżna w miasteczku Gracetown podczas nocy wigilijnej. W pierwszym z nich Jubilatka zostaje zmuszona do podróży pociągiem w tę noc, nikt nie mógł jednak przewidzieć, że pociąg stanie w miejscu ze względu na zaspę. Przyjęcia u chłopaka w rocznicę związku zamieniło się więc w najbardziej pechową historię świata. Druga historia mówi o trójce przyjaciół, próbujących przedostać się przez zamieć do cheerleaderek lub też... placków ziemniaczanych. Ich zabawne perypetie odkrywają jedną coś jeszcze. Uczucie, którego się nie spodziewali. Trzecie opowiadanie to historia o odkrywaniu siebie, zmianie na lepsze i wzmocnieniu uczucia, które zostało poważnie naruszone.

- Cieszę się, że idziesz! - zawołała Diuk.
- Dzięki! - odkrzyknąłem, a ona dodała:
- Szczerze mówiąc, bez ciebie placki ziemniaczane nie mają sensu!
Nie należy wymagać od tej książki wiele, bo każdy, kto podejdzie do jej czytania z takim właśnie założeniem srogo się zawiedzie. Nie, nie jest zła. Prawie fantastyczna. Tyle że jej urok leży w prostocie. Opowiadania nie mają skomplikowanej fabuły ani zatrważającej długości - choć to jedynie mała dygresja, bo przecież długość nie przekłada się na jakość - i skupiają się na jednym, to znaczy na romansie.

Zdecydowanie najlepsze jest pierwsze z nich - Podróż wigilijna. Niebanalne, dostatecznie rozwinięte, z sensownym zakończeniem. Nie obyło się bez niewielkich potknięć, ale ogólny odbiór jest bardzo dobry. Rzecz ma się trochę inaczej w przypadku pozostałych historii. Czyta się je równie przyjemnie, ale jakością odbiegają od pomysłu Johnson. Green wyróżnia się przede wszystkim tym, że głównym bohaterem uczynił chłopca i to z jego perspektywy opisuje wszystkie wydarzenia, ale to również u niego znajdziemy największą dawkę humoru - który jednak nie do wszystkich może trafić - i typowo nastoletniego myślenia. Z kolei Myracle niejako łączy wszystkie trzy opowieści i przez to Święta patronka świnek wydaje się być trochę przykrótka.

Policzyłem, że w centrum będziemy za dwie minuty, a za dziesięć będziemy wsuwali specjalność Keuna - serowe gofry niefigurujące w menu. Rozmarzyłem się na myśl o tych gofrach, pokrytych roztopionym serem Kraft, równocześnie pikantnych i słodkich, o smaku tak wyrafinowanym i złożonym, że nie da się go nawet porównać do innych smaków, tylko do emocji. Gofry serowe, pomyślałem, są jak miłość bez lęku przed rozstaniem, a gdy dojeżdżaliśmy do ostrego skrętu tuż przed wjazdem do centrum, niemalże czułem ich smak w ustach.
Jeśli chodzi o styl, to naturalnie autorzy różnią się od siebie, ale mają jedną cechę wspólną, o której już wcześniej wspominałam - prostotę. Nikt nie będzie miał problemu ze zrozumieniem tego, co napisali. Oczywiście wszystko napisane jest ładnym językiem, ale nie ma w nim nic wyszukanego, co jak najbardziej pasuje do założenia o napisaniu tych radosnych - bo takie są - i przyjemnych opowiadań.

Całość czyta się świetnie, z chęcią i wielką przyjemnością. Jest to lektura na chwilę drobnej przyjemności czy też poprawienie sobie samopoczucia. Kierowana przede wszystkim do kobiet, a głównie do młodych dziewczyn. Idealnie nadaje się na prezent, zwłaszcza gwiazdkowy, nawet dla dwunastolatki, więc jeśli ktoś chce sprezentować książkę swojej córce/siostrze/siostrzenicy/kuzynce etc., ta będzie doskonała.
Za egzemplarz dziękuję wydawnictwu Bukowy Las.



Fragment do przesłuchania tutaj lub w głównym menu.

15.11.2014

Patrick Ness - "Siedem minut po północy"

To nie wiatr... To woła POTWÓR.



Tytuł: Siedem minut po północy
Tytuł oryginału: A Monster Calls
Autor: Patrick Ness
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc
Data i miejsce wydania: Słupsk, 2013

Moja ocena: 10+/10
Zakładka: Narkotyk nałogowego bibliofila



Czułem - i czuję nadal - jakby przekazano mi pałeczkę, jakby wybitnie utalentowana pisarka dała mi swoją historię, mówiąc: "Dalej. Pędź z nią przed siebie. Narozrabiaj". [...] Teraz nadeszła pora bym przekazał pałeczkę tobie. [...] Dalej. Weź tę historię i pędź przed siebie. Narozrabiaj.
Dawno temu w przypadku niektórych, a nie tak dawno, jeśli chodzi o innych, każdy z nas był dzieckiem. Każdy miał swoje zabawki - choćby były zaledwie patykami lub kamieniami - swoje ulubione bajki, jakieś dziecięce historie... i koszmary. Jedni bali się potwora z szafy, inni tego spod łóżka, a jeszcze innym śnił się Gargamel. Ja, na przykład, bałam się drzewa, stojącego przy drodze obok domu mojej cioci. Z tego względu baśniowa część tej historii jest mi szczególnie bliska.

Pomysł na A Monster Calls został zrealizowany przez Patricka Nessa, który - jak dotąd - nie jest szczególnie znanym w Polsce pisarzem (co powoli się zmienia), ale należał do Siobhan Dowd. Była ona poczytną, brytyjską autorką książek dla dzieci. Niestety, na napisanie ostatniej zabrakło jej czasu. Propozycję dokończenia jej dostał zatem Patrick Ness i to w takiej formie możemy się z nią zapoznać.

Historia opowiada o chłopcu zmagającym się ze śmiertelną chorobą mamy, problemami w szkole i wyobcowaniem spowodowanym sztucznym współczuciem jego otoczenia. Pewnej nocy budzi go szmer, a następnie wyszeptane imię. Wtedy Conor dostrzega Potwora, który przyszedł po niego. Tylko po to, żeby opowiedzieć mu trzy historie. I usłyszeć jego własną.

- To okropna historia. I jedno wielkie oszustwo.
- To prawdziwa historia - odparł potwór. - Wiele prawdziwych rzeczy wydaje się nam oszustwem.
Przede wszystkim, wbrew temu, co niektórym może się wydawać, Siedem minut po północy nie jest książką dla dzieci. Dla młodzieży tak, ale jeśli chodzi o młodsze osoby, to zdecydowanie zniszczyłaby ich światopogląd. To bardzo dojrzała, wspaniała opowieść. O słabości, ale także sile, o trudnościach i sposobach na radzenie sobie z nimi. A w końcu o pogodzeniu się z losem.

Nie jest w żaden sposób straszna, ale utrzymana w zdecydowanie mrocznym klimacie. W rzeczywistości, która potrafi nadepnąć na stopę i nie przeprosić. A wszystko to przedstawione z perspektywy dziecka. Dojrzałego jak na swój wiek, ze względu na sytuację, w której się znajduje, ale wciąż dziecka. A skoro już przy Conorze jesteśmy, nie sposób nie zżyć się z głównym bohaterem. Choć nie zostajemy przy nim długo, w jakiś sposób pozostaje w naszych myślach. Ale nie tylko on. Postać Potwora to, jakby powiedzieli niektórzy, mistrzostwo świata. Jest niezwykły i z całą pewnością nie taki, jak się spodziewacie. Zaskakuje. Wciąż i wciąż. A na dokładkę, nawet bohaterowie, którzy z założenia mają być antagonistami, wzniecają całą gamę, niekoniecznie złych, uczyć. Moje serce zostało zdobyte właśnie w taki sposób.

- Co powinienem zrobić?
[...]
- Musisz tylko powiedzieć prawdę.
We wspólnej powieści Siobhan i Nessa baśń miesza się z rzeczywistością, a całość dopełnia jeszcze Jim Kay swoimi wspaniałymi ilustracjami. Jedną z nich można dostrzec na cudownej okładce. W całej książce jest ich naprawdę dużo, a to tylko utrzymuje czytelnika w stworzonym przez autorów świecie. Są to rysunki przedstawiające nie tylko sceny z powieści, ale także proste zdobienia stron, które czynią ją jeszcze bardziej urzekającą.

Naprawdę nie widzę powodu, dla którego ktoś miałby nie sięgnąć po Siedem minut po północy. Takie książki zdarzają się naprawdę rzadko i przegapienie okazji, żeby ją przeczytać byłoby zbrodnią. Polecam wszystkim z całego serca. Jestem pewna, że i Was oczaruje.

Czytelniczą przyjemność sprawiło mi wydawnictwo Papierowy Księżyc, za co ogromnie dziękuję!

12.11.2014

Przepowiadam Wam! - "W śnieżną noc"

Dawno, dawno temu... kiedy śnieg wesoło prószył za oknem, a ja obserwowałam to z wnętrza ciepłego mieszkania, siedząc nad książką z kubkiem herbaty w dłoni, przydarzyła mi się... Ah, sorry, it's not this story!

Zaczęłam dość niefrasobliwie, chcąc wprowadzić Was w pewien klimat, ale teraz będę już zupełnie poważna. Bo choć śnieg nie sypie za oknem, to ja naprawdę siedzę zakopana w kocach, z kubkiem gorącej czekolady i czytam. A czytam...

W śnieżną noc.


Wydawało mi się, że o tej książce będzie dość głośno, bo - choć nie zapowiada porywającej, głębokiej fabuły - ma przedstawiać sympatyczne opowiadania dla młodzieży, z których jedno napisał sam John Green, tak bardzo ostatnio popularny. Nie wiem, czy książka po prostu zaginęła w tłumie, czy może przed premierą nikt nie myślał o niej jeszcze tak poważnie, ale jako jej ambasadorka postaram się przedstawić ją jeszcze raz.

Na początek przekonajmy się, o co w ogóle chodzi:



Tytuł: W śnieżną noc
Tytuł oryginału: Let It Snow. Three holiday romances
Autorzy: Maureen Johnson, John Green, Lauren Myracle
Wydawnictwo: Bukowy Las
Tłumaczenie: Magda Białoń-Chalecka
Liczba stron: 336
Cena okładkowa: 34,90

Data wydania: 19 listopada 2014



Hamishowi, który nauczył mnie, jak sobie radzić na zaśnieżonym stoku, mówiąc: "Jedź w dół bardzo szybko, a gdy coś stanie ci na drodze, skręcaj!".

Trzy gwiazdy literatury młodzieżowej, z kultowym pisarzem Johnem Greenem na czele, napisały na czas Gwiazdki trzy połączone ze sobą opowiadania. Punktem wyjścia jest burza śnieżna, która w Wigilię kompletnie zasypuje miasteczko Gracetown. 

Na tle lśniących białych zasp pięknie prezentują się prezenty przewiązane wstążeczkami i kolorowe światełka połyskujące w nocy wśród wirujących płatków śniegu. Śnieżyca zamienia małe górskie miasteczko w prawdziwie romantyczne ustronie. A przynajmniej tak się wydaje... Bo przecież przedzieranie się z unieruchomionego pociągu przez mroźne pustkowia zazwyczaj nie kończy się upojnym pocałunkiem z czarującym nieznajomym. I nikt nie oczekuje, że dzięki wyprawie przez metrowe zaspy do Waffle House uda się odkryć uczucie do wieloletniej przyjaciółki. Albo że powrót prawdziwej miłości rozpocznie się od nieprzyzwoicie wczesnej porannej zmiany w Starbucksie. Jednak w śnieżną noc, kiedy działa magia Świąt, zdarzyć może się wszystko…


Jeśli ktoś jeszcze nie jest do końca przekonany, to zachęcam do wysłuchania krótkiego fragmentu:

02.10.2014

"Wyborcza" znów robi sobie jaja!

...co, gdyby przyjrzeć się temu bliżej, wcale nie jest zaskakujące.

Ponieważ wczoraj wróciłam do domu dość późno, wieść o tym wspaniałym artykule, który pewnie każdy z Was już czytał (Reckę napisałaś miodzio - kim są polscy blogerzy książkowi?) dotarła do mnie trochę po czasie. Tym bardziej nie miałam siły już się do niego odnosić. Przeczytałam więc, przemyślałam wszystko na spokojnie, ale moje główne wnioski się nie zmieniły.

Swoją odpowiedź na ten tekst zamieściła już Gosiarella, a zaraz po niej Stulecie literatury. Obie kończą się idealnym wnioskiem, ale mam trochę do dorzucenia, zatem nie będę się powstrzymywać.

Po pierwsze, wbrew opinii Pani Mileny Chehab (bo, jeśli dobrze wnioskuję, to właśnie ona popełniła ten twór dla Wyborczej) odnośnie braku krytyki u bloggerów książkowych - nie było mi szkoda czasu na przeczytanie tego artykułu ani napisanie o nim, dostrzegam rysy i bardzo chętnie wskażę je autorce, która najwyraźniej je pominęła.

Zacznijmy więc od tego, że tytuł nie bardzo zgadza się z samym tekstem. Choć bardzo się starałam, nigdzie nie znalazłam informacji o tym "Kim są polscy blogerzy książkowi". Mało tego, nie odnalazłam również wzmianki o tych najbardziej znanych i liczących się bloggerach książkowych! Nikt też nie zadawał im żadnych pytań, więc gdzie tu logika? Jeśli nie ma się o czymś pojęcia, to nie przedstawia się tego innym. Na początek należy zebrać materiały i dotrzeć do źródła!

Blogerzy książkowi - coraz bardziej liczące się środowisko. Mogą liczyć na występ w reklamie banku i testowanie samochodów. No i na bezpłatny egzemplarz książki.
Nie chciałabym Pani zasmucać, droga Pani redaktor, ale jeśli to o występie w reklamie to nawiązanie do Radka Kotarskiego, to również on nie jest bloggerem książkowym. Posunęłabym się nawet do stwierdzenia, że z recenzowaniem książek ma w ogóle niewiele wspólnego.

Jeśli chodzi o relacje na linii recenzent - wydawnictwo, to nie są one wielką tajemnicą. Bardzo często bloggerzy wypowiadają się na ich temat i dzielą się doświadczeniami. Ale, jak już wspomniała Gosiarella, informacje sprzed roku to bardzo wątpliwe źródło. Wszystko się zmienia i nie inaczej jest z naszym kontaktem.

Gdyby słabsze blogi nie istniały, to prawie każdy "profesjonalny blogger" nie istniałby również. Każdy od czegoś zaczyna. A określanie czyichś predyspozycji do robienia czegokolwiek nie leży w kompetencjach nikogo. Ponadto, wyobraźcie sobie, niektórzy naprawdę robią to dla przyjemności! Czy to, że w wieku 13 lat założę bloga z opowiadaniem musi oznaczać od razu, że startuję do rangi profesjonalnego pisarza?

Mam mnóstwo znajomych, których poznałam dzięki blogosferze. Tak, jesteśmy ze sobą związani. I to nie tylko na zasadzie "wydajesięże". Niektórzy bloggerzy książkowi to przyjaciele na całe życie, a większość z nas przynajmniej darzy siebie wzajemną sympatią.

Prawdę mówiąc, nieszczególnie też obchodzi nas, co myślą o nas "szafiarki" czy inne twory blogosfery. Nie określamy siebie mianem frajerów, a pisanie o książkach uważamy za inteligentne zajęcie, które wyróżnia nas z tłumu. Nie przechodzimy jednak obojętnie obok kłamstw, które ktoś wypisuje na nasz temat.

Być może szanownej Pani Redaktor przyda się kubeł wiedzy, który ją orzeźwi, a taką zdobyć można tylko w samym centrum tego środowiska. Targi książki w Krakowie już blisko, więc warto, żeby niedowiarki się tam wybrały i zobaczyły wszystko z innej perspektywy.